Gęsia Szyja 1489m n.p.m.

Gęsia szyja i co dalej… o tym, jak bardzo niezaplanowana była dalsza część naszej wyprawy! Szczyt mierzący 1489 m n.p.m. znajdujący się tuż nad Rusinową Polaną myślę, że potrafi zachwycić i zauroczyć nawet wytrawnego górskiego piechura. Wybierając się po raz pierwszy w Tatry, założyliśmy, że to właśnie będzie nasz punkt docelowy, nasz kolejny zdobyty szczyt.
Wyprawę zaczynamy od zaparkowania na parkingu w pobliżu wejścia na szlak w miejscowości Brzegi, jest godzina 9:30, jeszcze 800 m asfaltem przed nami i wchodzimy na szlak zielony, z Wierch Poroniec. Nazwa nie jest przypadkowa. Rzeka Poroniec ma tutaj właśnie swoje źródła, płynie w kierunku Poronina, łącząc się z Zakopianką i dając początek Białemu Dunajcu. Pogoda jest rewelacyjna, prawie całkowicie bezchmurne niebo. Szlak zielony do samej polany jest lekki i przyjemny, bez zbędnych przerw czy odpoczynków. Już tutaj możecie podziwiać piękną panoramę gór. Docieramy na Rusinową Polanę (1209 m n.p.m.), a tam widoki są obłędne, widoczność na Tatry polsko-słowackie w ten dzień była doskonała. Śmiało dodam, że ten odcinek pokonacie z dziećmi bez problemu, nawet w wózku. My na pewno swoją 3-latkę na Rusinową Polanę zabierzemy, bo warto!
Nie zatrzymujemy się na długo i idziemy dalej na Gęsią Szyję, mamy 10:45. Tutaj już nie ma tak łatwo, cała trasa prowadzi w górę schodami... Czytałam, że ktoś podobno kiedyś je policzył, jest ich „zaledwie” 1235 - wybaczcie, ale sama nie miałam siły na liczenie, czy aby na pewno. Po osiągnięciu pewnej wysokości warto złapać oddech podczas zadyszki, zatrzymać na moment, a wtedy trudy wspinania wynagradzają widoki i dalsza trasa jest coraz to przyjemniejsza.
Mamy to, co prawda wejście na Gęsią Szyję zajęło nam 35 min, ale uwierzcie, te schody to coś w rodzaju „niekończącej się historii”. Zatrzymujemy się na dłużej, jest tłumnie, robimy zdjęcia, krótki materiał i idziemy kawałek dalej, gdzie swobodnie możemy usiąść, odpocząć i podziwiać. Wierzchołek całego grzbietu to wapienne skałki, mające około 15 m wysokości. Szczyt ten ma trzy rozgałęziające się ramiona. Jedno z nich, to, które łączy się z Rusinową Polaną, wygięte na kształt gęsiej szyi i stąd nazwa. Pytacie, dlaczego właśnie tutaj? Odpowiedź jest jedna: panorama z Gęsiej Szyi, czyli widok m.in. na Kołową Przełęcz, Baranie Rogi, Lodowy Szczyt, Zadnią Kopę, Szeroką Jaworzyńską, Spismichałową Czubę, Świstowy Szczyt, Gerlach, Ganek, Wysoką, Ciężki Szczyt, Rysy, a nawet Giewont. Większość zdobywców tutaj zawraca w stronę Rusinowej Polany.
My stwierdziliśmy, że czas mamy dobry i idziemy dalej, w stronę Schroniska PTTK Murowaniec. Mamy 12:10 pokonujemy kolejne schody w dół, podążając dalej zielonym szlakiem, który nagle stał się cichy i bezludny, cały dla nas. Leśna ścieżka jest wąska, nierozdeptana. Zresztą… było widać, że nie należy on do najbardziej uczęszczanych. Tutaj poziom trudności wzrasta, droga nie jest prosta, ani równa, schody również skończyły swój bieg. Leśna ścieżka była pokryta błotem, wystającymi korzeniami. Mijamy Waksmundzka Rówień (1407 m n.p.m.) - stąd ładne widoki na Tatry Bielskie. Przez Rówień Waksmundzką przebiega dział wodny pomiędzy dorzeczami Białki i Białego Dunajca. Idąc dalej, po chwili dochodzi się do Pańszczyckiego Potoku. Przy dużym stanie wody kamienie, po których, przekracza się strumień, są zakryte wodą, tak właśnie też było... Tutaj niestety trzeba się liczyć z zamoczeniem butów, śliskimi kamieniami i możliwością upadku. Strumień ma tutaj kształt litery „S”, a szlak jest tak poprowadzony, że przekracza się go dwa razy. Po przekroczeniu potoku dochodzimy do rozstaju dróg przy Wolarczyska (1550 m n.p.m.), gdzie do wyboru mamy odbiegający szlak czarny łączący się żółtym, biegnącym na przełęcz Krzyżne lub zielony wiodący do schroniska. Jak doszło do tego, że poszliśmy oczywiście czarnym szlakiem? Nie wiem.
Wiem, że przybycie do Doliny Pańszczycy nie było kompletnie zaplanowane, meldujemy się tutaj o godzinie 14:30, zmęczeni, ale nadal zachwyceni perspektywą pięknych Tatr Wysokich, jakie zastajemy na miejscu. Zostajemy na dłużej, zdjęcia pamiątkowe muszą być, a bez „pikniku” nie ma sił iść dalej. Niestety tutaj padł nam jeden z dwóch telefonów, zdając sobie sprawę z godziny i okoliczności, zbieramy się, aby iść dalej. Wyruszamy w drogę do schroniska, jest 15:20. Przed nami jeszcze 30 m wzniesienia i w końcu droga prowadzi w dół. Droga na szlaku jest niezwykle urozmaicona i zapewniamy, nic z monotonnością nie ma wspólnego. W schronisku byliśmy bodajże ok. 16:20. Szczerze mówiąc, od zejścia z Gęsiej Szyi do samego schroniska minęliśmy na szlakach zaledwie 10 osób, a tu, tłumy. Nie mieliśmy ani czasu, ani ochoty stać w kolejce, żeby coś zamówić, pocieszyliśmy się tym, co jeszcze zostało nam w plecakach.
Niestety tu mamy punkt kulminacyjny. Co robić dalej, gdzie iść? Ostatecznie zważając na stan baterii, w ostatnim działającym telefonie (7%) zdecydowaliśmy wspólnie, że jedynym rozsądnym wyjściem jest zawrócić... I choć szlak zielony okazał się zamknięty do odwołania ze względu na powalone drzewa, poszliśmy nim, wiedząc, że tędy będzie najszybciej, w końcu zegar pokazywał nam już 17:30. Przyznamy szczerze, że były momenty gdzie mocno musieliśmy się skupić, aby nie zboczyć ze szlaku, pokonując przeszkody i odnajdując oznaczenia trasy. Przez większość czasu prowadził w górę, był męczący, mało atrakcyjny, a widoczność z niego zerowa, las i las. Jednak po śladach widać było, że nie tylko my zmierzyliśmy się z tą trasą.
Gęsią Szyję witamy ponownie, jeszcze przed zachodem słońca, tuż przed 20. Przed nami ukochane schody, Rusinowa Polana i prosty szlak do Wierchu Poroniec. Dajemy znać bliskim, że żyjemy i nadal idziemy. Ostatnie procenty baterii, wykorzystujemy na zrobienie zdjęcia niebieskiemu ślimakowi, aby pokazać córce, że istnieją, inaczej nikt nam nie uwierzy! Udaje się dodatkowo zrobić zdjęcie panoramy Tatr w częściowym zachodzie słońca i na tym koniec. Końcówkę trasy pokonujemy już po zmroku, dobrze, że zabraliśmy latarkę. Na parking docieramy po 21, chyba żaden z nas nie cieszył się tak z widoku własnego samochodu, jak my wtedy. Byliśmy padnięci, a zarazem dumni, że daliśmy radę. Czy żałujemy? Absolutnie nie, była to przygoda, której na pewno nie zapomnimy, nauczymy się na własnych błędach i na pewno będziemy pamiętać, że samo zabranie power banka nie wystarczy, potrzebny jest jeszcze kabel.
Tatry były dla nas łaskawe, pogoda rozpieszczała. Z czystym sumieniem polecamy trasę do schroniska, którą pokonaliśmy pierwotnie. Trzymając się tylko i wyłącznie zielonego szlaku ominiecie widoki, których nie da się zapomnieć. Myślę, że w schronisku warto zastanowić się nad innym zejściem, np. do Kuźnic. Dodamy na koniec, że Babia Góra była o wiele mniej dla nas wymagająca, także pamiętajcie, góry są dla wszystkich!
Dominika Jackowska
Jeżeli podoba Wam się mój wpis, zostawcie komentarz, żeby zmotywować mnie do dalszej pracy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *